Marzenia się spełnia – skąd się wziął TYLKO PIES

Marzenia się spełnia – skąd się wziął TYLKO PIES

Pierwszy pies w moim domu

Właśnie sobie uświadomiłam, że moja fascynacja psami zaczęła się jakieś 30 lat temu… Kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką w naszym domu pojawił się pies. Przybłęda jakich wiele. Znajomy zaprosił go do naszego samochodu i tak już został. Nazwałam go Jun (nie pytajcie dlaczego – tego nie wiem ani ja ani nikt inny). Jun miał wtedy około roku. Był czarnym, podpalanym psem trochę w typie owczarka niemieckiego. Wtedy pies był raczej spełnieniem marzeń mojego taty. Ja, a tym bardziej mój młodszy brat, byliśmy na tyle mali, że dla nas pies był wtedy fajną maskotką i kompanem do zabaw z piłką i gry w berka. Zimą ciągnął nasze sanki, latem pływał za nami w rzece. Odpowiedzialność za wychowanie psa spoczywała na rodzicach. Jun poszedł do szkoły. Uczył się pilnie. Metody szkolenia były wtedy zdecydowanie inne niż dzisiaj, ale nie mogę powiedzieć, że nieskuteczne. Pies był posłuszny, łagodny w stosunku do dzieci, nie brudził w domu, nie niszczył mebli. Dziś wiem, że wiele rzeczy rodzice czy szkoleniowiec powinni byli zrobić inaczej, lepiej. Jednak nie zmienia to faktu, że Jun był wspaniałym przyjacielem rodziny. Był pierwszym psem, jaki na stałe pojawił się w moim życiu. Kto wie, czy gdyby nie dołączył do naszej rodziny pracowałabym dzisiaj z psami. A może panicznie bym się ich bała? Tak czy inaczej Jun pomógł rodzicom nauczyć mnie poczucia obowiązku, odpowiedzialności za zwierzaka. Jun żył z moją rodziną do końca swoich dni. Po szesnastu wspólnych latach choroba była silniejsza. Przyszła nagle i niespodziewanie. Jun do dziś zajmuje wyjątkowe miejsce w naszych sercach i choć minęło już tak wiele lat od kiedy nie ma go z nami, to wspominamy go ze łzą w oku. Jun był dla mnie wyjątkowy pod wieloma względami.

Spontaniczna decyzja

Kilka lat po Junie pojawiła się w moim życiu Brenda. Brenda była psem z bardzo smutną historią. Miała jakieś cztery może pięć lat, jak jej poprzedni właściciel wyrzucił ją z samochodu i zostawił na pastwę losu w lesie pod Warszawą. Pies sam w lesie sobie nie poradzi. Nie jest wilkiem. Ma z wilkiem wspólnego przodka, ale na przestrzeni tylu lat ewolucji został zwierzęciem, którego naturalnym środowiskiem jest nasz dom. Nie las. Brenda czekała. Był upalny lipiec, a ja widziałam ją codziennie rano, jak wychodziłam do pracy leżącą przy ruchliwej drodze i obserwującą każdy przejeżdżający samochód. Któregoś dnia zaprosiłam ją do domu. Była dużym psem, przed którym ludzie czuli respekt. Pierwszy dzień spędziła na zabawie ze mną na podwórku przed domem. Na noc została na dworze. Wstałam rano i zobaczyłam, że śpi na tarasie. Nigdzie nie uciekła. Została już na stałe. Wydawało się, że zacznie normalne, godne psie życie wspólnie z nami. Okazało się jednak, że jest w ciąży. Weterynarz nie dawał szczeniakom żadnych szans. Zauważył, że Brenda miała już kiedyś szczeniaki. Po porodzie właściciel nie zadbał o nią jak należy i wdarło się zakażenie. Szczenięta nie rozwijały się tak, jak powinny. Jedynym wyjściem była operacja. Ciąża została usunięta, Brenda została wysterylizowana. Życie uratowane. Wielka była radość moja i Brendy, gdy po operacji doszła do siebie. Zaczęła na nowo cieszyć się życiem. I cieszyła się jeszcze kolejne naście lat dopóki nie zasnęła spokojnie.

Jednak nie zawsze TYLKO PIES

Obecnie jest ze mną Juna (imię oczywiście odziedziczoneJ) – jedenastoletni kot rasy maine coon. Poza tym czekam właśnie na swojego szczeniaka, który niebawem pojawi się na świecie. O wyborze rasy i psa napiszę innym razem, bo to zdecydowanie temat na osobny artykuł.

Moja miłość do zwierząt zaczęła się dawno temu i trwa nieprzerwanie do dziś. Z biegiem czasu wiedziałam coraz więcej. Uczyłam się nowych rzeczy. Był w moim życiu etap, kiedy chciałam zostać lekarzem weterynarii. Dzisiaj nie wiem, co mnie podkusiło, żeby zmienić te plany i zająć się informatyką, finansami, analizami. Przez cały czas jednak ciągnęło mnie do pracy ze zwierzętami. W pewnym momencie pomyślałam, że muszę coś zrobić, bo będę żałować. Pierwszego kopa dostałam od jednego z coachów i trenerów mentalnych, który na końcu wykładu, jaki prowadził powiedział: „Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia. One nie przyjdą. To Ty musisz iść.”

Teraz już TYLKO PIES

Raz kozie śmierć. Szukałam i znalazłam. Trafiłam do Dobrego Psa (akademii porozumiewania się ze zwierzętami). Agnieszka przekazała mi ogrom wiedzy. Skrupulatnie tłumaczyła, cierpliwie odpowiadała na dociekliwe pytania. Do dziś jestem pod wrażeniem jej wiedzy i doświadczenia. To w Akademii Dobry Pies zdobyłam tytuł Trenera Psów. To był pierwszy krok i na pewno nie ostatni. Wiele kolejnych jeszcze na pewno przede mną. Niemniej jednak dziś szczerze mogę powiedzieć, że mam ogromną motywację do pracy z psami, chęć do działania i milion pomysłów na minutę.

 

No Comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *